Egipt
Postanowiliśmy wybrać się na dalekie południe Egiptu, nurkować na mało uczęszczanych rafach.
Drugim minusem nurkowania w miejscach turystycznie popularnych jest masa początkujących nurków. Mają oni, jak wszyscy na początku, kłopoty z pływalnością i ogarnięciem sprzętu. Obijają się o rafy, często na nich lądują, chwytają się ich i obłamują płetwami, butlami.... Taka wymacana rafa oczywiście obumiera, z kolorowej staje się szarą, zwapniałą skałą, a wokół niej widać mnóstwo połamanych szczątków. Dlatego też wypad na południe był dla mnie tym bardziej kuszący. Tam rafa jest dziewicza, nie ma turystów, nie ma szkółek kolory zapierają dech w piersiach, różnorodność życia zachwyca.
Przeprowadziliśmy więc przegląd ofert i wybraliśmy jedną z nich – łódź Sharky. Jest to idealna jednostka do dalekich wypadów nurkowych. Posiada ogromny sun-deck, bardzo dużo miejsca dla nurków do przygotowań przed nurkowaniem, przestronny salon z jadalnią, wygodne kajuty, w każdej tylko 2 łóżka. Poza tym łódź została zbudowana 2 lata temu, a więc jest to nowa jednostka, czysta, z dobrym silnikiem i kompresorem.
Pozostał jeszcze wybór terminu. Postanowiłem pojechać w maju, na długi weekend – w imię tradycji – pochód pierwszomajowy, tyle, że pod wodą. Podpisaliśmy umowę, zapłaciłem i dałem ogłoszenie w internecie...
Po kilku tygodniach miałem prawie komplet, ostatnie osoby wpisały się na listę na kilka dni przed wyjazdem. Spotkaliśmy się na tydzień przed wylotem w pubie, w celu ustalenia szczegółów. Naszym celem miało być jak najdalsze osiągalne miejsce na południe od Marsa Alam. Wylot miał nastąpić o godzinie 6.15 rano, w sobotę26.04.2003, czyli odprawa zaczynała się około 4.15. Data naszego wylotu pierwotnie wyznaczona była na 27.04 jednak przewoźnik zmienił dzień wylotu na 3 tygodnie przed tym terminem. Dokonaliśmy zmian na stronie. Jako organizator wstałem wcześniej i na parę minut przed czwartą obdzwaniałem wszystkich, żeby dobudzić ewentualnych śpiochów.
Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem, że jeden z uczestników jeszcze śpi – 300 kilometrów od lotniska!! Okazało się, że na stronie głównej, w spisie treści widnieje jeszcze stara data. Prawdopodobnie sugerując się tym, bez czytania szczegółowego opisu i oferty, nasz kolega był przygotowany na wylot w dniu następnym. Przypomnieliśmy sobie, że mamy koleżankę, która odebrała kilka dni temu paszport i miała ochotę jechać z nami. Wtedy odmówiłem jej, ponieważ nie było już miejsc ani w samolocie, ani na łodzi. Chwyciłem więc komórkę i zadzwoniłem do niej. Dzięki bogu nie wyłączyła telefonu na noc.
– Hhalo? – usłyszałem zaspany głos
– Cześć, tu Piotrek z „Buddy”, rozmawiam z Izą?
– Aaaa, czześć Piotrek (ziewnięcie). Co się stało?
– Słuchaj, jak masz ochotę na wyjazd do Egiptu, to bądź za godzinę na lotnisku. Jest jedno miejsce, kolega nie dojechał. Pakuj się i czekam na lotnisku.
Możecie sobie wyobrazić, co może czuć ktoś, kogo wyrwało się ze snu o 4 rano (w dodatku z krótkiego snu) i zaproponowało wyjazd na nurkowanie. Iza rozbudziła się dosyć szybko, choć w trakcie kilku rozmów telefonicznych odbytych jeszcze przed przyjazdem na lotnisko, słychać było, że wiele czynności wykonuje jeszcze przez sen. Czekając na nią przepisałem bilet u agenta biura podróży i wysłałem brata do magazynku po brakujący sprzęt. Na lotnisko Iza została powitana z wyrazami uznania od wszystkich uczestników wyprawy. Na miejsce przylecieliśmy przed godziną jedenastą czasu miejscowego. Odebrał nas tam jeden z członków załogi, zaprowadził do busa, którym pojechaliśmy do Marsa Alam. Możecie sobie wyobrazić, co może czuć ktoś, kogo wyrwało się ze snu o 4 rano (w dodatku z krótkiego snu) i zaproponowało wyjazd na nurkowanie. Iza rozbudziła się dosyć szybko, choć w trakcie kilku rozmów telefonicznych odbytych jeszcze przed przyjazdem na lotnisko, słychać było, że wiele czynności wykonuje jeszcze przez sen. Czekając na nią przepisałem bilet u agenta biura podróży i wysłałem brata do magazynku po brakujący sprzęt. Na lotnisko Iza została powitana z wyrazami uznania od wszystkich uczestników wyprawy. Na miejsce przylecieliśmy przed godziną jedenastą czasu miejscowego. Odebrał nas tam jeden z członków załogi, zaprowadził do busa, którym pojechaliśmy do Marsa Alam. W czasie przejazdu zrobiłem kilkanaście fotografii. Jak zwykle można było zobaczyć wielu żołnierzy, wypatrujących ze swoich wieżyczek strzelniczych potencjalnego zagrożenia. Uczestnicy zdawali się być w doskonałych humorach, w ruch poszły „butelki pokoju” kupione na bezcłówce.
Na miejsce dojechaliśmy po czterech godzinach jazdy. Tam przetransportowano nas pontonem na łódź. Dowiedzieliśmy się, że dziś nie wypłyniemy. Jak zwykle policja miejscowa robiła kłopoty z podbiciem wszelkich papierów i wydaniem pozwoleń. Swoją drogą jest to zadziwiające, jak czas dla Egipcjan wolno płynie. Nigdzie im się nie spieszy, nic nie jest ważne, nie ma z niczym problemu...
Tak więc czekaliśmy.Późnym popołudniem przybył nasz divemaster, z kompletem dokumentów i pozwoleń, zebrał od nas paszporty i poprosił mnie o rozmowę. Dowiedziałem się, że nie będziemy mogli dopłynąć do St. Johns Reef, gdyż morze nie jest spokojne i nie da się tam dopłynąć przy takiej pogodzie. Wszyscy przyjęli to ze spokojem. Uznaliśmy, że będziemy płynęli tak długo jak się da na południe.
Od razu dało się odczuć, że morze nie jest nam łaskawe. Fale były duże, a nasze żołądki jeszcze niezbyt przyzwyczajone....
Razem z Krzyśkiem – „Krisem” robiliśmy fotografie przechyłów łodzi i staraliśmy się nie myśleć o chorobie morskiej. Jarek radził sobie z bujaniem śpiąc na górnym pokładzie, tak, jakby go to nie dotyczyło.Najgorzej radziły sobie dziewczyny i niestety poddały się urokowi fal, bujania i chorobie... Następnym razem towarzyszył im aviomarin, dodając skutecznie odporności i otuchy.
Pierwszą rafą, na której nurkowaliśmy była Shaab Samadai. To był „check dive”, na płytkiej wodzie. Sprawdziliśmy sprzęt, wyważyliśmy się. Widoki były" podobne do tych, które można spotkać w okolicach Hurghady. Po prostu miejsce to jest typowym noclegowiskiem dla łodzi safari, które udają się do portu w Marsa Alam. Po posiłku popłynęliśmy dalej.
Następnym przystankiem było miejsce zwane Wadi Gimal Island. Jest to obszar kilku raf, gdzie każda różni się od siebie. To miejsce nazywane jest Aquarium – moim zdaniem nazwa jest adekwatna do tego, co znajduje się pod wodą. Po zakończonym nurku zjedliśmy obiad i przenieśliśmy się na inną rafę na tym obszarze. Tam w nocy wykonaliśmy pierwsze nocne nurkowanie w czasie naszego safari.Pod wodą wypstrykałem całą rolkę filmu – spotkaliśmy sporo skorpen, nadymek i skrzydlic. Z powodu zmęczenia, które jeszcze mnie nie opuściło łapały mnie raz po raz skurcze.
Po wyjściu z wody była kolacja a potem rozmowy do późna w nocy.
Taki schemat dnia: poranne nurkowanie, popołudniowe i wieczorne albo nocne, powtarzał się codziennie. Pomiędzy nimi płynęliśmy w kierunku południowym, najdalej jak się dało.Spośród dziesiątek odwiedzonych przez nas miejsc, najlepiej zapamiętałem „Shaab Birrunga”, gdzie była woda o przejrzystości trudnej do określenia – może 50 a może 100 metrów, ogród koralowy był dziewiczy, a pod wodą spotkaliśmy napoleona, nadymki, mureny i leżącego na dnie w kanionie – rekina rafowego. Ewelina walczyła tutaj ze sprzętem. Nurkując pierwszy raz z nowym jacketem – skrzydłem bez płyty – musiała napracować się aby rozgryźć technikę ruchów i półobrotów koniecznych do opróżnienia kamizelki z powietrza. Ile można bowiem korzystać ze spłuczek a nie inflatora!
„Abu Galawa Wreck”, gdzie na głębokości 17 m. Spoczywa oparty o rafę wrak niewielkiego statku. Wraki w południowej części Morza Czerwonego nie są często spotykane. Jest ich tu kilka, zazwyczaj mało atrakcyjnych, tak więc zanurkowanie na którymś z nich jest zawsze atrakcją safari południowego. Ja zwiedzałem razem z Krysią i Andrzejem – sympatycznym małżeństwem z Warszawy - około 15 minut, robiąc kilka fotografii.
„Abu Galawa” – drifting od południa – znakomita przejrzystość i różnorodność korala, sporo ryb, fantastyczne wrażenie. Dla mnie było to jedno z bardziej relaksujących nurkowań. W mojej grupie znajdował się Jacek, Adam, Rafał, Darek, Radek i Marek – nurkowie, do których pod wodą miałem zawsze pełne zaufanie.
"Fury Shoal” - „Dolphine Reef”(Sataya) – rafa schodząca pionowo na głębokość ok. 90-120 m. Można wykonać nurkowanie głębokie – Razem z Grzegorzem poszliśmy na pięćdziesiątkę. Spotkałem ławicę tuńczyków sporych rozmiarów, trzy napoleony i masę ryb. Około 20-go metra widzieliśmy kolonie anemonów i gorgonie. Rafa, pomimo swojej popularności, sprawia wrażenie dziewiczej. Na płytkiej części rafy (od strony laguny) jest sporo pojedynczych raf, poprzecinanych małymi grotami i półkami. Podczas tego nurkowania pojawiły się straty w naszym sprzęcie. Jacek nie domknął obudowy aparatu, wynikiem czego zalał go. Pomimo prób naprawy nie udało mi się go przywrócić do życia. Pech prześladował Jacka również poprzedniego dnia. Pozostawił butlę w pozycji stojącej, na półce do ubierania sprzętu. Potrącona przewróciła się i spadła pierwszym stopniem na podłogę. Niestety, pierwszy stopień uległ uszkodzeniu i nasz kolega nurkował na zapasowym automacie. „Claudia Shaab”, każdy nurkujący w tym rejonie, powinien odwiedzić to miejsce. Atrakcją jest spękana licznymi szczelinami i grotami średniej wielkości rafa, którą można opłynąć w 30 minut, można też kluczyć korytarzami wewnątrz niej. Rafa znajduje się na głębokości 7-18 metrów, szczeliny wewnątrz wpuszczają promienie słońca, co daje niesamowite, zapierające dech w piersiach wrażenie.
Pływając tam odnosi się wrażenie, jakby eksplorować wyspę skarbów i wcale nie zdziwiłbym się, gdybym ujrzał jakąś zdobioną skrzynkę ze złotem, gdzieś w jakiejś rozświetlonej komnacie. Wewnątrz rafy było kilka ławic kozich rybek, płaszczki i wiele innych kolorowych gatunków. Na zewnątrz czekały na nas napoleony, podpływające na odległość 2 metrów i przyglądające się z zaciekawieniem. Widziałem również rzadko spotykanego przedstawiciela rekinów, który swoim wyglądem przypominał płaszczkę. Koledzy mówili mi potem, że to nie był rekin, ale rzadko spotykana odmiana płaszczki, jednak z braku jednomyślności grupy w tej kwestii, wolę pozostać przy moim przekonaniu.
„Shaab Skarm”, gdzie na głębokości 51 metrów znajduje się wejście do jaskini biegnącej kilkadziesiąt metrów w głąb rafy. Część z nas zwiedziła jaskinię. Grota miała wysokość około 3 metrów, i szerokość 5-6 metrów. Przy ścianach spotkaliśmy kilkanaście tuńczyków, zdziwionych naszą obecnością. Trzeba było tutaj używać latarek, bo światło było widoczne tylko od strony wejścia. Grota po około 25 metrach zakręca w lewo, gdzie panuje całkowita ciemność. Podczas kończenia mojego nurka, spotkałem Michała na przystanku dekompresyjnym. Jego komputer naliczył mu 30 minut postoju, odstaliśmy więc razem, grając sobie wirtualnie w karty, kółko i krzyżyk i szachy.
Podczas naszej podróży próbowaliśmy popłynąć dalej na południe, do St.Johns Reef, ale fale nam nie pozwoliły, po 2-ch godzinach płynięcia zmieniliśmy kurs. To samo robiły „Gazale” i inne łodzie, które bardzo sporadycznie spotykaliśmy gdzieś na widnokręgu. Ostatniego dnia nie nurkowaliśmy. Powrót to była sympatyczna desaturacja, z leniuchowaniem, żartami i uzupełnianiem logbooków. Mieliśmy w planach jeszcze jedno nocne nurkowanie, ale otrzymałem smsa, że odlot samolotu został przyspieszony o 8 godzin. Trzeba więc było sobie odpuścić i wracać do domu.
Po przybyciu do portu zapakowaliśmy się do busa i w niezłym tempie przetransferowaliśmy się na lotnisko. Z powodu braku miejsc wolnych w samolocie, dwie osoby zostały jeszcze tydzień w Hurghadzie, oddając się leniuchowaniu i jeżdżąc na krótkie wycieczki organizowane przez miejscowe biura.
Piotr Kędzia

